Limit uczestników przy zapisach na tegoroczny poznański półmaraton wyczerpał się w kosmicznym tempie. Wszyscy, którzy nie zdążyli zaklepać sobie miejsca śledzili z niecierpliwością informacje organizatorów – czy będzie więcej miejsc? Kolejne 500? Kolejny 1000? Cyfry wyświetlone na ekranie komputera nie robią na nikim wrażenia. Nawet podczas odbioru pakietów jeszcze nie widać tej ilości, dzięki sprawnej obsłudze imprezy. Schody zaczynają się dopiero w dniu startu…
Zaczyna się od utrudnień w ruchu – krążenie wśród uliczek, które lada chwila będą zamykane, buduje napięcie. Później parkowanie, które również wymagało ścisłej znajomości topografii miasta. A potem przejście na start. I wszędzie tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy. To dlatego nie udało nam się zebrać wszystkich grupowiczów na zdjęcie. Niestety utknęli gdzieś pomiędzy parkingami, depozytami, a szukaniem swoich bliskich.
Nielicznym udało się cyknąć fotkę i trzeba było brać się szybko za rozgrzewkę pomiędzy innymi biegaczami, przeciskanie się do swojej strefy zajęło kolejne minuty, a potem można było spokojnie, ramię w ramię z innymi czekać na start. Przy dźwiękach „Rydwanów ognia”, żegnani napisem „RUN YOU FOOLS! Gandalf” ruszyliśmy. Trochę idąc, trochę biegnąc, potem znów idąc, żeby potem podbiec i chwilkę iść itd. itp.
Od momentu startu do samej mety biegł TŁUM biegaczy. Trzeba się było mocno pilnować, bo każdy niewłaściwy ruch groził podcięciem nóg, kuksańcem z łokcia czy kolizją z kubkiem po wodzie. Szczerze żałowałam (nie pierwszy raz zresztą), że nie urodziłam się Kenijczykiem, bo miałabym całą trasę dla siebie 😉
Wszystkie powyżej opisane rzeczy mogłyby skutecznie popsuć każdą imprezę, gdyby nie to, że chodziło tu o bieg. Biegacze mają to do siebie, że tak naprawdę nic nie jest w stanie zepsuć im humoru podczas startu. Napotkane trudności są dla nich kolejnym wyzwaniem do pokonania, które daje niesamowitą satysfakcję. Nic ich nie złamie.
Może dlatego, że przygotowywaliśmy się do tego przez długie miesiące, a może dlatego, że znów startowaliśmy razem, grupowo, większość z nas zaliczyła poprawę rekordów życiowych. I to nie byle jaką! I to w warunkach ekstremalnych, bo tym są imprezy masowe. Wielkie gratulacje dla wszystkich! Moim skromnym zdaniem to był po prostu idealny dzień na bieganie 🙂



