UltraKotlina 80
Idealny bieg na zakończenie sezonu i jednocześnie moje pierwsze ultra.
Temperatura do biegania była niemal idealna – chłodno, w sam raz, ale lekki deszcz i pojedyncze podmuchy wiatru nieco komplikowały sprawę. Do tego trasa po kilku dniach nieustannych opadów zamieniła się wielką błotną kąpiel, miejscami po kolana, gdzie jedyną myślą było to, żeby but nie został w środku.
Przez pierwsze 55 kilometrów biegło mi się naprawdę dobrze – głowa spokojna, tempo równe, a na twarzy więcej uśmiechu niż grymasu. Niestety później przyszła ta bardziej wymagająca część, kiedy zmęczenie zaczęło delikatnie wygrywać z ambicją. Najtrudniejszy moment złapał mnie w okolicach Kamieńczyka, gdzie każda próba przyspieszenia kończyła się poślizgiem i złością.
Końcówka miała być spokojna, bez walki o miejsca – po prostu dobiec do mety i domknąć sezon. Ale los chciał inaczej. Na jednym z ostatnich zbiegów zobaczyłem przed sobą zawodnika z 10. miejsca i coś we mnie zaskoczyło. Nie kalkulowałem, nie analizowałem – po prostu puściłem nogi i poszedłem va banque. Udało się. Wpadłem na metę z czasem 9:04:42, odzyskując 10. pozycję i czując, że to naprawdę było tego warte.
To nie był najczystszy ani najłatwiejszy bieg w moim życiu, ale właśnie przez to smakuje najlepiej. Sezon zamknięty – z błotem na butach, z bólem w nogach, ale z pełnym przekonaniem, że było warto.
Teraz czas na chwilę oddechu i podsumowanie całego sezonu – pierwszego tak naprawdę zaplanowanego i poukładanego od początku do końca. Było sporo nauki, trochę potknięć, ale też wiele momentów, które pokazały, że idę w dobrą stronę. W najbliższych dniach trzeba będzie usiąść, przeanalizować, co zagrało, co nie, i pomyśleć, jak to wszystko poukładać dalej.
Kamil



fotografie: Andrzej Wojciechowski – fotografia biegowa, Daniel Koszela Photography, Marcin Gidaszewski



