Tegoroczną odsłonę Chyżej Dziesiątki miałem okazję obserwować z nieco innej perspektywy: pacemakera.
Wszystko zaczęło się od prostego pytania Krzysztofa (drugi z pary na 45:00), czy mam czas i chciałbym wystartować jako zajączek. Chwila sprawdzania kalendarzy – swojego i żony! – i decyzja zapada.
Nawet nie wiecie, ile nerwów kosztuje wyczucie zadanej prędkości. Bez problemu biegałem szybsze zawody w tempie szybszym jak 4:20, czy dłuższe treningi po 4:40, ale prędkość 4:30 była jakby zapomniana. Treningi w terenie też nie ułatwiały rozpoznania, jak szybko trzeba zamieniać nogi miejscami. Dopiero trening po płaskiej asfaltowej trasie odświeżył pamięć biegową.
W dniu zawodów stawiłem się o wyznaczonej godzinie i miejscu, by całą grupą kucyków przejść do salki z perfekcyjnie przygotowanymi zestawami dla pacemakerów. Koordynator Bartosz Guzik dopiął wszystko na ostatni… do końca. Tak trzymać, jedynie co można poprawić, to zmianę baloników na flagi. Są lepiej widoczne i tak nie przeszkadzają wszystkim dookoła.
Przed startem spotkałem Sławka, który biegł treningowo. Planował przebiec pierwsze 5 km razem z nami, a później zmienić tempo na 4:00. Oprócz niego na starcie wokół nas zebrała się spora grupa – będzie kogo prowadzić – pomyślałem.
Trasa biegu prowadziła poza miasto, jedna duża pętla. Mało zakrętów i cały czas szeroka droga. Startujemy. Trzymamy się założonych 4:28 tak, żeby mieć delikatny zapas na mecie. Jedyne przyspieszenie na 3 km – chyba było delikatnie z górki lub z wiatrem, bo zamiast zakładanych 6 sekund różnicy zrobiło się 9, później złapaliśmy już dobry rytm i się tego trzymaliśmy. Kibiców przy trasie nawet trochę było, ale obserwowali bieg w ciszy. Krzysztof starał się ich zachęcić do kibicowania jak tylko potrafił. Oj! Nowy Tomyśl mógłby się dużo uczyć od kibiców z innych biegów!
Krytyczne kilometry 7-8, grupa zaczęła się przerzedzać, a my dopingowaliśmy i motywowaliśmy pozostałych. 9 km był niezłym sygnałem do zmiany tempa i większość grupy wyrwała do przodu – to był przyjemny widok. Końcówka, to nawoływania do wysiłku, zmiany tempa, ostatniego „interwału” i połamania 45 minut. Z rozmów zza mety okazało się, że to były skuteczne zabiegi! Radość, euforia, ale tak inaczej niż przy biegu na maksimum możliwości.
Efekty biegania:
Sławomir Kaniuk 42:23 (Brawo! Zgodnie z założeniami treningowymi!)
Łukasz Wikierski 44:52
Bonus:
Klasyfikacja „Chyże rodzeństwo” – namówiłem siostrę na start w biegu i zajęliśmy 11 miejsce!
Łukasz