37. Maraton Warszawski

Ukoronowaniem marzeń każdego biegacza jest start na dystansie maratońskim, ­ a jeśli ów start wypadnie na największym polskim maratonie ­ mamy pełnię szczęścia. Z głową wypełnioną takimi pozytywnymi myślami zmierzaliśmy z Piotrkiem do Warszawy w sobotę, by w niedzielę 27.09.2015 stanąć na starcie 37 PZU Maratonu Warszawskiego.

Podróż pociągiem przeznaczyliśmy na wielogodzinną analizę taktyki biegu, którą streścić można słowami ­ “byle do przodu”, co jak okazało się później, miało swoje mankamenty. Warszawa przywitała nas deszczem i pogodą, której z całych sił wolelibyśmy uniknąć podczas zmagań z królewskim dystansem. Nie bacząc jednak na przeciwności, ruszyliśmy w stronę Biura Zawodów, którego lokalizacja na Stadionie Narodowym była strzałem w 10 ­ nie dało się go przeoczyć, ani do niego nie trafić. Wizyta na Stadionie to coraz większy uśmiech, napływające uczucie radości i zadowolenia z przynależności do tak licznej a przy tym pozytywnej grupy ludzi, jakimi są biegacze. Ogromne wrażenie wywarło na nas to, jak sprawnie organizatorzy poradzili sobie z ogarnięciem takiej rzeszy uczestników ­ cała procedura odebrania pakietu trwała w naszym przypadku nie więcej niż 10 min. Zresztą ­impreza ta pod względem organizacyjnym stała na bardzo wysokim poziomie, z jednym drobnym zgrzytem, o którym później. Reszta dnia upłynęła pod znakiem ładowania węgli, wyciszania się i przygotowań do startu ­ “czy o niczym nie zapomniałem?” ­ padało średnio co 2 minuty. Uznając, że co ma być to będzie i że na zmartwienia jest już zdecydowanie za późno ­ wybraliśmy sen.

Szybka pobudka, ogarnięcie siebie i śniadania ­ a potem pędem na start. Jesteśmy na miejscu chwilkę przed 8, więc pozostało nam sporo czasu na depozyt, rozgrzewkę i ustawienie się w strefie startowej. Wolontariusze sprawnie prowadzą wszystkich do depozytów ­ tam ogromna przestrzeń, sprawnie zorganizowane odbieranie rzeczy uczestników i pokierowanie ich w stronę startu ­ gdzie przywitało nas istne morze biegaczy. Nasz plan zakładał złamanie 4 godzin, jako że zające były podczas biegu liczne (praktycznie co 5 min) ­ ustawiamy się w połowie drogi między balonami na 3:50 a 3:55. Rzut oka na tłum przed i za nami oraz na niebo, które było łaskawe i zgotowało nam świetną pogodę ­ w głowie myśl ­ “to będzie dobry bieg” ­ i pooooooooszli 🙂

Pierwsze kilometry tniemy lekko i szybko ­ być może za szybko ­ do 10 km ledwo 100 m przed nami widać baloniki na 3:50. Lekko zwolniliśmy tempo, zające trochę nam uciekają, ale jesteśmy mniej więcej tam, gdzie chcieliśmy ­ wyprzedzamy pacemakerów na 3:55. Po drodze korzystamy z licznie rozstawionych punktów z wodą i izo, a kibice swoim dopingiem niosą nas niesamowicie ­ chciałoby się powiedzieć, to zbyt piękne by mogło być prawdziwe.

Mniej więcej za połową czuję pierwsze symptomy nadciągającej katastrofy. Wszystko zaczyna się od głowy i kiełkującej tam myśli ­ “nie dam rady”. Na razie nie daję się jej pochłonąć i biegnę dalej, ale pękam gdzieś na 25 km ­ jeszcze 17 a ja mam dość. Tutaj wkracza Piotrek, bez którego nie dałbym rady, a który swoją siłą, pomimo ogromu własnego wysiłku, dzielił się jeszcze ze mną. Rekacja była szybka ­ zwalniamy, Piotrek włącza pozytywna narrację małych kroków ­ “zobacz, biegniemy do 28, tam trochę zwalniamy, potem kawałek do 30, do 35 jakoś się dokulamy a do mety się przeczołgamy nawet”. Ja zamiast wdzięczności rewanżuję się ­ “zostaw mnie i biegnij, ja sam się doczłapię”. Wyrzuty sumienia, że marnuję kumplowi start są o tyle silne, że powyższy tekst słyszy jeszcze kilkukrotnie. 32 km wita nas bramą z jakże dobijającym napisem ­ ostatnie 10 km, wyścig dopiero się zaczyna. Mój wyścig skończył się już dawno, teraz to walka o to, żeby dotrwać do mety. Co robi Piotrek? Dopinguje biegaczy na 28 km, z którymi się mijamy. Szacun. 35km to bolesne skurcze, które atakują moje nogi i technika ­ idziemy do znaku a potem musimy biec do kolejnego km. Doganiają nas pacemakerzy na 4:00 (dziwię, się, że mimo wszystko wtedy mieliśmy taki czas), którzy próbują nas poderwać do biegu i zapraszają do grupy. Zbieramy się w sobie i biegniemy z nimi, niestety tylko jakieś 200 m… Końcówka biegu to istne piekło ­ dopiero 40 km daje nadzieję na koniec ­ widać już Stadion. Przekonujemy głowę, że trzeba biec, w czym pomagają kibice, głośnym dopingiem. Dla mnie to już tylko echo, w głowie nie ma już żadnej myśli poza tą, że mam wszystkiego dość.

Wpadamy na Stadion. Ryk dopingu na ostatnich metrach to magia. Zdobywam się na grymas, który mógłby być uśmiechem, wyrzucam ręce w górę. Czas 4:18:10, Piotrek chwilkę przede mną ­ czy jestem Maratończykiem? Nie wiem. Czego się nauczyłem? Pokory do tego dystansu i tego, że choć raz dałem radę nie jest to gwarantem sukcesu za każdym razem. Co zawiodło? Głowa i przygotowanie. Ten rok był kryzysowy, jeśli chodzi o motywację­ porwanie się na lepszy czas niż w zeszłym roku, biegając zdecydowanie mniej, nie mogło się dobrze skończyć. Czy to znaczy, że składam broń? Bynajmniej, wierzę, że ta porażka nauczy mnie więcej, niż niejedno zwycięstwo i wrócę silniejszy w przyszłym roku.

P.S. ­ małym zgrzytem, o którym wspominałem, była odległa od całej reszty lokalizacja
pryszniców, ale nie zmienia to oceny imprezy ­ ta jest jak najbardziej pozytywna!

Bartek i Piotrek

Dodaj komentarz

Protected by WP Anti Spam